W ubiegły czwartek w ramach Studenckiego Nocnego Klubu Filmowego, jak niemal co tydzień zresztą (w lepszych czasach), wybrałyśmy się z M. do kina. Prawdę mówiąc nawet nie wiedziałam na jaki film, ale wiedziona wcześniejszymi doświadczeniami - zaufałam wyborowi kina. I nie zawiodłam się.
Filmweb mówi, że komedia. Może i tak, uśmiechu było niemało. Ale było też sporo dramatu, wzruszenia, refleksji.
Film jest historią pięciorga przyjaciół, którzy zmagają się z upływającym czasem, z własną starością, chorobą. Spędzają razem dużo czasu i troszczą się o siebie nawzajem. Poniekąd z tej troski wynika pomysł, żeby razem zamieszkać. No i się zaczyna... :)
Urzekła mnie postać Jeanne grana przez Jane Fondę - "poproszę trumnę w żywym kolorze, a na moim pogrzebie wypijcie szampana. Ja już się z wami nie napiję, ale kieliszki możecie postawić nawet na trumnie."
Starsi ludzie przedstawieni w filmie są... młodzi, żyją tu i teraz, nie w utraconej przeszłości, ani w niepewnej przyszłości.
Trudno ten obraz odnieść do polskich realiów, gdzie osoby u schyłku życia kojarzą się raczej (często słusznie) ze schorowanymi emerytami, których nie stać na wykupienie leków, z osobami samotnymi, zaniedbanymi tak fizycznie jak i emocjonalnie.
W "Zamieszkajmy razem" ten obraz jest... piękny. Niepozbawiony rys, goryczy, ale przez to tym bardziej radosny i optymistyczny.
Jeśli miałabym się zestarzeć, to właśnie tak.
Film zdecydowanie polecam, choć ta moja "tfurczość" może nieudolna ;)