sobota, 16 października 2010

Fight Club.


Fight Club
reż. David Fincher
dramat (?), psychologiczny

Dość długo się zbierałam do obejrzenia tego filmu.
Moje pierwsze wrażenie jeszcze podczas oglądania i tuż po: Pojebany jak sanki.
Miał być o gościu uzależnionym od różnego rodzaju psychoterapii i grup wsparcia, m. in. dla mężczyzn z rakiem jąder, chorych z pasożytami, chorobami mózgu, wątroby, trzustki i wszystkich innych możliwych chorób. Zwróciłam uwagę na pewien komizm, z jakim zostało przedstawiona egzaltacja Amerykanów w tych grupach: jesteś w grupie, więc płacz, płacz cię oczyści... i takie pierdoły. Albo bicie brawa i podziękowania za "otwieranie się". Masakra.
Otóż
nie było o żadnym uzależnieniu, a przynajmniej nie to było istotą filmu. Istotą było... wyzwalanie w sobie bestii (interpretacja dowolna).
Mamy Jacka, narratora (w tej roli Edward Norton), u boku którego pojawia się Tyler Durden (Brad Pitt) - facet doskonały (?), taki, jakim znudzony i sfrustrowany Jack chciałby być.
Dalsza część filmu to naparzanie się bohaterów, powstanie tytułowego Fight Clubu, który rządził się określonymi prawami... a potem zrobił się Chaos (!).
Ale rozwiązanie było dobre. Nie spodziewałam się.

1 komentarz:

slavkomir pisze...

Film naprawdę wymiata. To po nim przekonałem się do aktorskiego talentu Brada. Dla porównania polecam książkę. Z tego co pamiętam to zakończenie było inne więc czyta się równie ciekawie. O ile spodoba Ci się oszczędny i rwany styl Chucka Palahniuka.