Henri Charriere
Leżała ta książka i czekała, czekała, czekała... może dlatego, że ma mały druk i dość ciężko się czyta, ale jak już się zacznie to trudno się oderwać.
Jest rok 1930. 25-letni Henri Charriere aka Papillon zostaje skazany na dożywotnią karę ciężkich robót na Wyspach Zbawienia za zabójstwo, którego nie popełnił. To wszystko, co zapisał w kilkunastu zeszytach, co składa się na jego opowieść to historia 13 lat spędzonych na zsyłce, na "drodze wieczności", z której próbuje się kilkukrotnie wydostać, z mniejszym lub większym powodzeniem. Czasem szczegół, sekunda czy milimetr zaważą na tym, że ucieczka nie dojdzie do skutku, ale najbardziej zadziwiające jest to, że Papillon się nie poddaje, nie godzi się ze statusem niebezpiecznego więźnia i za wszelką cenę chce udowodnić, że potrafi być praworządnym obywatelem.
Jego droga przez więzienia jest dramatyczna, ale bardziej przykuwają moją uwagę i napawają nadzieją te momenty, w których bohater doświadcza nieprawdopodobnego wręcz dobra ze strony napotkanych ludzi. Zaufania, hojności, przyjaźni, a nawet miłości. Do samego dna poruszył mnie opis doświadczenia Boga podczas dryfowania na otwartym morzu na worku wypełnionym orzechami kokosowymi.
Historia jest napisana w konwencji literatury mówionej, dlatego tak łatwo mi było dostać się na zsyłkę czy do indiańskiego plemienia. Opisy są stricte obrazami faktów, czasem niezwykle precyzyjne, innym razem Charriere stwierdza, że można wszystko powiedzieć w jednym zdaniu. Opowieść miejscami brutalna, ale i napawająca nadzieją i podziwem dla niezłomności charakteru i woli życia bohatera.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz